INPRIS to think tank prawniczy.

Współsprawcy. O kandydatach do Sądu Najwyższego

1 września 2018. Każdy, kto się zgłosił do Sądu Najwyższego, bierze udział w głęboko niemoralnym przedsięwzięciu. Czy poniesie tego konsekwencje? Polecamy artykuł Ł. Bojarskiego, prezesa INPRIS.

Całość tekstu dostępna jest na stronie DGP – pełna wersja za płatną bramką. 

Zaczęły się dni ważne dla wszystkich Polaków. Wybieramy kilkudziesięciu sędziów naszego najwyższego sądu. Będą oni wytyczać linie orzecznicze w sprawach cywilnych i karnych. Będą decydować o ważności wyborów i rozpatrywać kasacje nadzwyczajne, czyli środek do podważenia niemal każdego prawomocnego orzeczenia. Będą wreszcie w izbie dyscyplinarnej decydować o tym, kto może być sędzią, adwokatem, radcą, notariuszem czy prokuratorem, a kogo należy pozbawić prawa wykonywania zawodu. Pozbawić dlatego, że zachowuje się niegodnie, a to wszystko – uwaga – w czasach, kiedy zarzuty zachowania niegodnego, łamania zasad etyki zawodowej stawia się w debacie wielkiej rzeszy osób, strasząc już zresztą nadchodzącą karzącą ręką dyscyplinarnej sprawiedliwości. Jak zatem te wybory ludzi, którzy mają decydować o naszych losach, powinny przebiegać, a jak przebiegają? Kim są kandydaci, jaki mają dorobek, czy są to prawnicze autorytety, czy są to ludzie godni urzędu sędziego SN?

Po pierwsze, JAWNOŚĆ 

Dotychczasowa praktyka była taka, że zespół członków KRS spotykał się i dokonywał wstępnej oceny kandydatów po czym wnioskował (lub nie) o zaproszenie konkretnych osób na rozmowę z zespołem lub (zwłaszcza w przypadku sądów najwyższych instancji) z całą radą. Taki wniosek zespołu był zatwierdzany przez KRS, która wyrażała na to zgodę. Obecnie natomiast mamy do czynienia nie z decyzją zespołu czy uchwałą rady, lecz z informacją medialną pochodzącą od członka prezydium. Jednak nie znamy planów co do przebiegu tej procedury. Wszystko owiane jest mgiełką tajemnicy. 

Członkowie rady, jak wiemy, sami byli wybierani w tajemniczych okolicznościach (wierzę, że po wyroku NSA listy poparcia kandydatów do KRS będą musiały być ujawnione – dziś już jednak znamy liczbę podpisów pod poszczególnymi kandydaturami). Może dlatego mają skłonność, by i inne procedury utajniać. Zupełnie niewyobrażalna była informacja, jaką nam przekazano po zakończeniu spływania kandydatur do SN, że listy chętnych nie poznamy!

Co więcej, rada już odmówiła obywatelom dostępu do zgłoszeń kandydatów, przesuwając termin na ich przekazanie do 2 miesięcy, czyli możemy założyć niemal z pewnością, już po dacie wybrania sędziów. Ot takie poczucie humoru, podobne do tego, którym wykazał się minister sprawiedliwości, przekazując organizacjom dziesiątki pustych stron (bo nazwiska popierających kandydatów na członków KRS utajniono). Jakie czasy, takie żarty.

Po drugie, KOMPETENCJE

Cóż, żyjemy w czasach, w których co i rusz trzeba wracać do stwierdzeń banalnych. Co bowiem wynika ze zdania, że sędziowie Sądu Najwyższego to powinna być zawodowa, prawnicza śmietanka, że powinny tam trafiać osoby o największym i najbardziej wartościowym dorobku orzeczniczym, naukowym, zawodowym. Ano nic, sposób, w jaki przebiegają wybory, wskazuje, że niewiele o tych ludziach będziemy wiedzieli, podobnie jak ich wybierający; że jak pojawią się wątpliwości, nikt ich nie będzie specjalnie wyjaśniał. Że, jak w przypadku wyborów do nowego TK, to iż kandydat ma poważne zarzuty dyscyplinarne, że ma fatalną opinię zawodową, że był tajnym agentem, że nie jest apolityczny, nie będzie miało wielkiego znaczenia. O niektórych rzeczach się dowiemy, o innych nie, niektóre wypłyną już po wyborze.

W dotychczasowej praktyce kandydaci do Sądu Najwyższego byli drobiazgowo oceniani. To prawda, że ich wybór miał charakter wsobny. W dużej mierze decydował sam SN. Procedura nie przewidywała udziału innych gremiów eksperckich, organizowania publicznych wysłuchań kandydatów, gromadzenia opinii, w tym pochodzących od obywateli.

Można było w tej mierze wiele zmienić. Czy to zatem zrobiono, co poprawiono? Nic. Po prostu wyeliminowano cały ten etap dokładnego weryfikowania. Kandydatura idzie od razu do KRS. Nie ma sędziego opiniującego, który studiuje życiorys kandydata i jego dorobek.

Nie ulega dla mnie wątpliwości, że z racji rangi i roli, jaką odgrywa SN, z powodu jego pozycji ustrojowej, na temat kandydatów do tego sądu powinniśmy debatować, po to by poznać ich kwalifikacje, kompetencje, doświadczenie, by publicznie ocenić drogę życiową, cechy charakteru wymagane dla sędziego, po to wreszcie, by się upewnić, że nie zachodzą żadne powody, które stoją na przeszkodzie w kandydowaniu czy pełnieniu urzędu.

Czy obecna procedura nam to umożliwia? Nie, wręcz przeciwnie, bardzo ogranicza nasze możliwe własne zaangażowanie w tej mierze. Nie dość, że wyeliminowano etap oceny kandydatów sprzed procedury przed KRS, to spowodowano, że sama procedura przed KRS będzie w wielu przypadkach farsą.

Po trzecie, MORALE

Prócz kompetencji zawodowych do zasiadania w Sądzie Najwyższym potrzebne jest jednak coś jeszcze. Nazywać możemy to różnie – kwalifikacjami etycznymi, uczciwością, prawością, autorytetem moralnym, odwagą cywilną, wewnętrzną niezależnością. Nie o słowa chodzi, lecz o poczucie, że mamy do czynienia z osobami uczciwymi, godnymi urzędu, godnymi zaufania, na które możemy liczyć i nie zawiedziemy się. Nie jest to wcale łatwo sprawdzić, w Polsce niespecjalnie udało nam się wypracować metody, ale przejrzystość procesu naboru, szczegółowa wiedza o kandydatach, opinie na ich temat, pozwalają sobie wyrobić zdanie co do spełniania tych oczekiwań. 

Udział w wyborach jest szeroko dyskutowany w mediach społecznościowych, w środowiskach zawodowych, które zastanawiają się nad napiętnowaniem czy nawet wykluczeniem swoich członków biorących udział w tym ustrojowym zamachu na trójpodział władzy. Bo co pozostało w obliczu tego politycznego ataku władzy, która nie liczy się z nikim i z niczym, poza ostracyzmem zawodowym? Nigdy z nim w Polsce nie było dobrze, nie odmawiano prawicy plagiatorom, oszustom, oportunistom. Być może obecny czas to szansa, by to zmienić. By wypracować jakieś środowiskowe narzędzia ostracyzmu.

W przypadku obecnych wyborów problem jest też taki, że choć sam znam wśród kandydatów osoby uczciwe i, moim zdaniem, godne zaufania, to sam fakt udziału w obecnym naborze je niestety kompromituje. Zawodowo, bo biorą udział w procedurze nielegalnej, w generalnej aurze łamania konstytucji, dodatkowo godząc się na wybór przez organ powołany przy złamaniu konstytucji. Moralnie, bo przez swój udział przynajmniej częściowo legitymizują to, co się dzieje, godzą się na to, wykorzystują sytuację. I nie jest żadnym usprawiedliwieniem to, że wcześniej wybór do Sądu Najwyższego był wsobny i ograniczał możliwość uzyskania urzędu. Można, i należało, to oczywiście zmienić. Jednak nie o taką zmianę obecnie chodzi.

Jest odwrotnie. Każdy, kto się zgłosił, bierze udział w głęboko niemoralnym przedsięwzięciu i poniesie tego konsekwencje. Symbolicznie każdy z tych kandydatów wyrzuca z sądu takie osoby jak sędzia Stanisław Zabłocki i zajmuje ich miejsce (niezależnie od tego, do jakiej izby startuje). Każda z tych osób legitymizuje łamanie konstytucji, zasad państwa prawa, brutalny polityczny atak na ustrój i sądy. Każda bierze udział w kampanii nienawiści, staje w szeregu z twórcami kampanii antysądowej w polskim rządzie i Polskiej Fundacji Narodowej. Każda z tych osób zna opinie, stanowiska prawników z całego świata, instytucji europejskich i globalnych (a są ich dziesiątki), i wszystkim im, całemu prawniczemu światu, w tym naszym największym autorytetom, jak prof. Adam Strzembosz, mówi – mamy Was w nosie, jest okazja, to korzystamy…. I każda z tych osób skazuje się na infamię.